Latające psy, Wrocław
Jeśli śledzisz mojego bloga od dawna, to pewnie wiesz, że jest taka jedna impreza, która prawie co roku przyciąga mnie jak magnes. Mowa oczywiście o "Latających Psach" we Wrocławiu. Tak, psach, które latają! A raczej – są w locie, łapiąc frisbee z wdziękiem, który trudno jest opisać słowami. Do Wrocława jeżdżę już od ponad 10 lat. I wiesz co? Za każdym razem ta impreza fascynuje mnie tak samo! To jest po prostu spektakl, festiwal energii i radości, zarówno tej psiej, jak i ludzkiej. No i oczywiście – fotograficznej! Pisałem już nie raz, że łapanie psich sprinterów w locie to wyzwanie z kategorii "Mission almost impossible". Te słodkie bestie są szybkie, zwinne, nieprzewidywalne. Ale kiedy uda się złapać ten jeden, jedyny, idealny moment, kiedy psiak jest w powietrzu, z rozwianą sierścią i wzrokiem skupionym na krążku – to jest to dla mnie euforia! Satysfakcja po takim ujęciu jest po prostu nieziemska i wynagradza wszystkie nietrafione kadry, których oczywiście nie zliczę. Ba, wynagradza nawet pobudkę o czwartej rano by zdąrzyć do wrocławskiego Parku Południowego na godzinę 10.
W tym roku pogoda potraktowała nas trochę po macoszemu, zwłaszcza pierwszego dnia. Sporą część imprezy padało, momentami dość mocno. Ale czy to powstrzymało nas, maniaków psiego latania? Ani trochę. Aparat w dłoń, pupa na stołek, i już szukamy magicznych ujęć. I wiesz co? Mimo deszczu, a może właśnie dzięki niemu, pobiłem swój własny rekord. Po raz pierwszy skończyła mi się karta pamięci 128 GB na jednej imprezie. Sto dwadzieścia osiem GIGABAJTÓW zdjęć psów w locie! To chyba mówi samo za siebie, prawda?
Ale nie ma co gadać, już odliczam dni do przyszłego roku. Wrocław, „Latające Psy” – do zobaczenia koniecznie! Czy to już jest uzależnienie?
















































































